Szef brytyjskiej firmy Arm Holdings twierdzi, że sztuczna inteligencja poradzi sobie z problemem, którego ludzie nie potrafią rozwiązać od dekad, czyli znajdzie skuteczne lekarstwo na raka jeszcze za życia obecnego pokolenia. Rene Haas zapowiada też, że w ciągu najbliższych pięciu lat na dobre zadomowią się wśród nas humanoidalne roboty, choć cały ten postęp hamuje obecnie brak wystarczającej liczby chipów.
- Rene Haas, dyrektor generalny Arm Holdings, uważa, że AI rozwiąże problem modelowania wpływu markerów DNA na komórki rakowe, mimo że dziś jest to zbyt złożone zadanie nawet dla komputerów.
- Ekspert z londyńskiego Institute of Cancer Research zwraca uwagę, że liczy się nie wielkość komputera, lecz jakość danych, na których trenuje się modele AI.
- Haas przewiduje, że w ciągu dekady samouczące się roboty oparte na chipach Arm będą powszechnie wykorzystywane w produkcji, budownictwie i usługach.
- Szef Arm bagatelizuje obawy o masową utratę miejsc pracy przez rozwój sztucznej inteligencji, twierdząc, że szacunki w tej sprawie są przesadzone.
- Firma napotyka poważne ograniczenia w dostępności chipów, co spowalnia budowę centrów danych na całym świecie, a Haas nie wierzy w opłacalność budowy fabryk chipów w Wielkiej Brytanii.
AI ma zrobić to, czego ludzie nie potrafili
Rene Haas, który stoi na czele firmy Arm Holdings z siedzibą w Cambridge, nie ma wątpliwości co do tego, jaki potencjał drzemie w sztucznej inteligencji. W rozmowie dla podcastu BBC Big Boss Interview stwierdził wprost, że AI znajdzie lekarstwo na raka, którego ludzie nie byli w stanie odkryć przez całe swoje życie.
AI znajdzie lekarstwo na raka, którego dziś ja, ty ani żaden inny człowiek nie potrafimy odkryć za naszego życia. Wierzę, że jeszcze za naszego życia sztuczna inteligencja pomoże wyleczyć raka – powiedział Haas.
Według niego problem polega na tym, że modelowanie komórki, całego organizmu człowieka czy wpływu konkretnego markera DNA na rozwój nowotworu jest dziś zbyt skomplikowanym zadaniem. Nie tylko dla naukowców, ale i dla komputerów, które napędzają dzisiejsze systemy AI. Haas podkreśla jednak, że wraz z dostarczaniem coraz większej ilości danych do modeli, a same maszyny stają się coraz bardziej zaawansowane, w końcu poradzą sobie z tym wyzwaniem.
Warto dodać, że Haas do kwietnia zasiadał w zarządzie brytyjskiego giganta farmaceutycznego AstraZeneca, więc temat medycyny nie jest mu obcy. Pełni też ważną rolę w japońskim SoftBanku, głównym udziałowcu Arm, który inwestuje między innymi w OpenAI.
Nie chodzi o wielkość komputera, tylko o jakość danych
Nie wszyscy jednak podchodzą do tematu z takim samym entuzjazmem co do metody. Profesor Chris Bakal z londyńskiego Institute of Cancer Research, będący jednocześnie prezesem firmy Sentinal4D, zwraca uwagę na inny aspekt sprawy. Jego zdaniem pytanie nie brzmi już, czy w ogóle korzystać z AI, ale czym ją karmić.
W laboratoriach takich jak jego zespół trenuje modele na danych generowanych bezpośrednio z próbek pacjentów, a nie na materiałach zebranych z internetu. Co istotne, taki proces nie wymaga ogromnych centrów danych do działania.
Przyszłość medycznej AI nie będzie należeć do tego, kto zbuduje największy komputer. Będzie należeć do tego, kto ma odpowiednie pomiary – powiedział profesor Bakal, dodając, że takie podejście może skrócić o lata czas potrzebny na opracowanie nowych terapii.
Roboty z AI wejdą do naszego codziennego życia?
Haas nie ograniczył się w rozmowie wyłącznie do tematu medycyny. Przekonuje, że chipy projektowane przez Arm w dużej mierze napędzą rozwój samouczących się robotów wykorzystywanych w produkcji, sprzątaniu, ochronie, budowie mostów oraz naprawach w ciągu najbliższej dekady.
W praktyce oznacza to maszyny, które dzięki sztucznej inteligencji potrafią widzieć, uczyć się i być przeprogramowywane do nowych zadań bez konieczności ich fizycznej wymiany. Jak tłumaczy szef Arm, robot zaprogramowany pierwotnie do słania łóżek może z czasem sam nauczyć się układać ręczniki w pokoju albo opróżniać kosze na śmieci.
Czy AI odbierze ludziom pracę?
Odnosząc się do obaw związanych z masową utratą etatów przez rozwój sztucznej inteligencji, Haas przyznał, że pewne zmiany na rynku pracy są nieuniknione. Jego zdaniem szacunki mówiące o całkowitym zastąpieniu ludzi przez maszyny są jednak nieco przesadzone i w dłuższej perspektywie zostaną zrównoważone przez nowe możliwości zawodowe.
Szef Arm zbagatelizował też obawy dotyczące ewentualnej korekty na giełdzie związanej z gwałtownym wzrostem wartości spółek technologicznych powiązanych z AI. Wskazał na długoterminowy popyt na rozwiązania oparte o sztuczną inteligencję jako czynnik stabilizujący sytuację.
Brak chipów hamuje rozwój AI
Technologia energooszczędnych rozwiązań Arm jest już wykorzystywana w połowie światowych centrów danych obsługujących sztuczną inteligencję. To znacząco wpłynęło na ewolucję modelu biznesowego firmy, która w ostatnich miesiącach zaczęła sprzedawać własne mikroprocesory.
Meta, właściciel Facebooka, zwróciła się do Arm o opracowanie chipu AGI. Jak podaje Haas, popyt na ten produkt przekroczył wszelkie oczekiwania i od momentu premiery w marcu osiągnął wartość ponad 2 mld dolarów.
Z drugiej strony branża zmaga się z poważnymi problemami w dostępności różnych typów chipów, co zdaniem Haasa spowalnia wdrażanie AI oraz budowę nowych centrów danych na całym świecie. Wskazał na plany budowy gigantycznych, wielogigawatowych centrów danych we Francji i Stanach Zjednoczonych, a nawet pomysły umieszczania ich w kosmosie.
Zdecydowanie działamy w środowisku ograniczonej podaży. Czy da się zdobyć wystarczającą liczbę chipów? Potrzebujemy więcej fabryk, zanim będziemy mogli umieścić centrum danych w kosmosie – zaznaczył Haas.
Czy Wielka Brytania powinna budować własne fabryki chipów?
Mimo trudności z dostawami Haas nie wierzy, że produkcja mikroprocesorów, obecnie skoncentrowana głównie wokół tajwańskiego giganta TSMC, mogłaby w przyszłości przenieść się na Wyspy Brytyjskie. Dzieje się tak, choć brytyjski rząd prowadzi rozmowy z branżą na temat możliwości sprowadzenia części łańcucha dostaw do kraju.
Nie uważam, żeby Wielka Brytania musiała budować fabryki chipów. Są one bardzo kosztowne, wymagają dużej liczby wyspecjalizowanych pracowników oraz sporych zasobów naturalnych, a poza tym istnieje już dość szeroki ekosystem tych zakładów gdzie indziej – wyjaśnił Haas.
Warto przypomnieć, że Arm od lat postrzegana jest jako wielka nadzieja brytyjskiej branży technologicznej. Niektórzy politycy do dziś żałują sprzedaży spółki japońskim inwestorom w 2016 roku oraz jej późniejszego, częściowego debiutu na nowojorskiej giełdzie Nasdaq zamiast na parkiecie w Londynie. Haas zapewnia jednak, że połowa pracowników firmy nadal pracuje w Wielkiej Brytanii, a sam Arm pozostaje zdecydowanie największym pracodawcą w Cambridge.

