Wiatraki i panele słoneczne coraz śmielej wypierają węgiel z polskich elektrowni, a mimo to rachunki za prąd wcale nie maleją. W ciągu ostatnich pięciu lat cena energii w taryfie G11 dla gospodarstw domowych wzrosła aż o 61 procent, choć zielona energia teoretycznie powinna ją obniżać. Skąd ten paradoks?
- W wietrzną sobotę lądowa energetyka wiatrowa stała się największym źródłem prądu w Polsce, wytwarzając 155 GWh energii, co dało jej ponad 37 procent udziału w krajowej produkcji.
- Fotowoltaika dołożyła kolejne 71,3 GW, odpowiadając za blisko 17,2 procent produkcji tego dnia, a węgiel kamienny i brunatny łącznie pokryły około 32 procent zapotrzebowania.
- W ciągu dekady udział węgla w polskim miksie energetycznym spadł z 80 procent do poziomu często poniżej połowy.
- Mimo tej zmiany ceny prądu dla gospodarstw domowych wzrosły o 61 procent w ciągu pięciu lat.
- Energia z OZE nie jest obciążona opłatami za emisję CO2 w ramach unijnego systemu EU ETS, co teoretycznie powinno obniżać ceny końcowe.
Wiatr i słońce przejmują polską energetykę
Ostatnia sobota pokazała, jak bardzo zmienił się krajowy system elektroenergetyczny. Silny wiatr wiejący nad całym krajem sprawił, że to właśnie lądowe farmy wiatrowe stały się głównym dostawcą prądu w Polsce tego dnia. Wyprodukowały łącznie 155 GWh energii, co przełożyło się na ponad jedną trzecią całkowitej produkcji w kraju.
Fotowoltaika również nie pozostała w tyle. Panele słoneczne dostarczyły 71,3 GW energii, co odpowiadało za niemal 17,2 procent produkcji. W tym samym czasie węgiel kamienny zapewnił około 23 procent energii, a węgiel brunatny kolejne 9 procent, jak podaje Gazeta Wyborcza.
Te liczby dobrze pokazują, jak głęboka przemiana dokonała się w polskiej energetyce w ciągu ostatnich lat. Jeszcze dekadę temu spalanie węgla kamiennego i brunatnego odpowiadało za aż 80 procent produkowanej w Polsce energii. Dziś, w sprzyjających warunkach pogodowych, ten udział potrafi spaść poniżej połowy, a coraz częściej to właśnie odnawialne źródła energii przejmują rolę lidera w krajowym miksie.
Dlaczego rachunki rosną, skoro zielonej energii przybywa?
Z pozoru wszystko powinno prowadzić do jednego wniosku, im więcej energii z wiatru i słońca, tym niższe powinny być ceny prądu dla odbiorców. Energia odnawialna nie generuje bowiem kosztów związanych z uprawnieniami do emisji CO2 w ramach unijnego systemu EU ETS, które stanowią spore obciążenie dla energetyki opartej na węglu. W praktyce jednak sytuacja wygląda zupełnie inaczej.
Mimo tak wyraźnego spadku udziału węgla w krajowym miksie, ceny prądu w podstawowej taryfie G11, z której korzysta większość gospodarstw domowych w Polsce, wzrosły w ciągu pięciu lat aż o 61 procent. To zestawienie budzi zdziwienie, szczególnie gdy weźmie się pod uwagę, że na giełdzie energii ceny potrafią w niektórych momentach spadać do zera, a nawet przyjmować wartości ujemne.
Kluczowe są: sztywna taryfa, niska elastyczność zużycia i potrzeba magazynów energii.
Warto jednak zrozumieć, że mechanizm ustalania cen dla gospodarstw domowych działa zupełnie inaczej niż giełdowe wahania w czasie rzeczywistym. Taryfa, z której korzystają odbiorcy indywidualni, ma charakter sztywny i nie odzwierciedla chwilowych spadków cen energii, nawet jeśli te momenty zerowych lub ujemnych stawek pojawiają się coraz częściej, akurat wtedy, gdy wiatr wieje mocno, a słońce świeci intensywnie.
Co stoi za rozjazdem cen giełdowych i rachunków?
Problem polega na tym, że polski system energetyczny wciąż nie potrafi w pełni wykorzystać nadwyżek taniej energii z OZE w momentach, gdy jest ona najtańsza. Brakuje wystarczającej liczby magazynów energii, które mogłyby gromadzić nadmiar prądu wyprodukowanego w słoneczne lub wietrzne dni i uwalniać go później, gdy zapotrzebowanie rośnie, a produkcja z odnawialnych źródeł spada.
Dochodzi do tego kwestia elastyczności zużycia energii. W wielu krajach europejskich odbiorcy, zarówno przemysłowi, jak i indywidualni, mogą reagować na zmieniające się ceny prądu w czasie rzeczywistym, przesuwając zużycie energii na godziny, gdy jest ona tańsza. W Polsce ten mechanizm wciąż raczkuje, a większość gospodarstw domowych korzysta ze stałej taryfy, niezależnie od tego, co dzieje się na giełdzie.
W praktyce oznacza to, że nawet jeśli w danym momencie prąd na rynku hurtowym jest tani albo wręcz darmowy, przeciętny odbiorca i tak zapłaci stawkę wynikającą z ustalonej wcześniej taryfy. Co więcej, koszty związane z utrzymaniem stabilności sieci przy rosnącym udziale niestabilnych źródeł, takich jak wiatr czy słońce, również przekładają się na końcowe rachunki.
Czy zmiana miksu energetycznego w ogóle się opłaca?
Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie, patrząc wyłącznie na rachunki za ostatnie miesiące. Z jednej strony transformacja energetyczna, która ograniczyła udział węgla o ponad 20 punktów procentowych w ciągu pięciu lat, to realny krok w stronę mniejszej emisyjności polskiej gospodarki. Z drugiej strony konsumenci na razie nie odczuwają tego w portfelach, a wręcz przeciwnie, płacą więcej niż jeszcze niedawno.
W zależności od tego, jak szybko rozwinie się infrastruktura magazynowania energii oraz jak bardzo elastyczne staną się mechanizmy taryfowe, efekty rosnącego udziału OZE mogą stać się bardziej odczuwalne dla przeciętnego gospodarstwa domowego. Na razie jednak rewolucja w miksie energetycznym i sytuacja na rachunkach za prąd idą w zupełnie przeciwnych kierunkach, co dla wielu odbiorców pozostaje trudne do zrozumienia.

